082: nie zniósłbym odczytywania życzeń świątecznych

Widać przemianę pokoleniową. Dotychczas, gdy łzy ze smutku kręciły mi się w kącikach oczu słuchałem Sarah McLachlan bądź Maren Ord. Od wczoraj jednak towarzyszą mi Aura Dione i Maria Mena. A niestety desperacko potrzebuję empatycznego towarzystwa. Tak ciężko radzę sobie ze świętami. A raczej  totalnie sobie z nimi nie radzę.

 

Widzicie, święta to dla mnie tragiczny okres. Te trzy dni rozbijają mnie totalnie, ale jak to śpiewa Maria „nobody likes the sad face”- więc co do zasady to ukrywam. Ukrywam to, że płaczę do poduszki, i to, że gdy inni ładują swoje akumulatory, ja myślę o tym – kiedy to się skończy. Więc do 23 grudnia włącznie spotykam się z Przyjaciółmi i dalszymi znajomymi, ciesząc się ich przedświąteczną radością, sprawiając podarkami by wystąpił uśmiech na ich twarzach – a mój rewanżowy uśmiech wcale nie jest fałszywy. Oni są moimi świętami. Potem wieczorem 23 grudnia znów muszę wysiąść na 6tym piętrze i stawić czoło 72 godzinnej katordze. Krzykom, awanturom, z których milczenie nad opłatkiem (zamiast życzeń) jest najmniej patologiczne.

 

Matka w piątek wyszła wcześniej z pracy. Co to oznacza? Iż wcześniej zaczęła pić. Więc jazda na ostro bez trzymanki, ze szklanymi oczyma i wyzwiskami, na dobre zaczęła się od godziny 20:00. Wyłączyłem telefon. Nie zniósłbym odczytywania życzeń świątecznych.

„Spokoju” – gdy matka wrzeszczy, że jestem beznadziejnym nierobem, że leżę jak byk, że mój chłopak mnie wywali od siebie z domu i jeszcze wrócę do niej na kolanach.

„Radości” – gdy siostra z płaczem Matce mówi, że nie pamięta, kiedy Matka była trzeźwa ostatni raz, i czy to przez to pije, że Siostra się urodziła?

„Ciepła” – gdy matka chwiejąc się w progu odwrzaskuje jej by, „się zamknęła”.

„Rodzinnej atmosfery” -gdy ojciec dzwoni na Policję, bo Matka tak się nakręciła, że każde z nas zamknęło się w innym pokoju i nie wie już co robić.

Gdy Matka usłyszała, że ojciec zadzwonił po interwencję, stało się coś… dla mojego zdrowia psychicznego muszę to opisać w książce. Pijana matka weszła do łazienki i nalewając wody do wanny, zadzwoniła do swojej siostry. „C. zadzwonił na policję, więc wchodzę do wanny. Jakby do Ciebie dzwonili mów, że przygotowywałam wigilię. Nie wiem po co mieliby do Ciebie dzwonić ale tak im mów jakby, co”. Śmiałem się przez łzy. Jakbym oglądał tragi komedię. Wybieg matki się nie sprawdził. Nawet jej nie spisali. Jak zwykle.

 

Dlatego nie dziwcie się, jeżeli nie odpisuję na życzenia. Najprawdopodobniej słucham jak Maria Mena śpiewa „and whyyyy can’t youjust hold meeeeeeee” w pozycji embrionalnej przy zgaszonym świetle i modlę się bym zasnął. Im więcej będę spał, tym szybciej nadejdzie 27 grudnia.

 

 

081: problem polega na tym, że…

Poznałem chłopaka. A właściwie mężczyznę. Nie ma jeszcze blogowej ksywki, jakieś propozycje? W każdym razie spotykamy się od 3 miesięcy. Ma 35 lat. Albo jak sam o sobie mówi, jest z rocznika Collina Farella. Jego wiek ma pewne zalety. Czuję się przy nim bezpiecznie, i jego doświadczenie z charakterami zazwyczaj pozwala mu mnie „rozładować’, gdy mam zamiar wybuchnąć. Są też pewne kwestie, które mnie frapują. Nawet bardzo. Może inaczej, czynią mnie bezsilnym, bo nie mam na nie wpływu.

 

Przede wszystkim Randkowicz (ksywka tymczasowa) ma już za sobą kilka poważnych związków z M&Msami (gdyż chłopcy na M). Urządzali razem mieszkanie, byli na wycieczkach rowerowych w strefie Shengen – o wyjazdach innych zagranicznych nie wspomnę. Wszystko widział, wszystko słyszał. Dla mnie nie zostaje nic nowego. Wszystko to powtórka z rozrywki. Jestem dla niego jak ten młodszy kuzyn, który zachwyca się Sonic Youth i ciągnie cię za rękaw na koncert, kiedy ty już dawno przerzuciłeś się na Florence & The Machine i chcesz swoją fascynację Sonicami wymazać z pamięci i zrzucić na karb głupiej młodości. Tak się czuję, tego się boję. Że jestem powtórką z rozrywki. Zrozumcie moją frustrację, gdy myśląc o wakacjach, rzucam propozycję jakichś miast (np. Lizbona, Wiedeń, Madryt, Barcelona) którymi się fascynuję, nigdy nie będąc tamże (poza BCN), a Randkowicz odpowiada: „byłem, to miasto nie ma uroku”, „jak możesz tak się nim fascynować”, „odwiedziłem je z M.”. Chyba nikt nikt nie chce być powtórką z rozrywki. Czy tylko wyolbrzymiam?

 

Problem jednak bardziej mnie przytłacza. Powyższe jest tylko objawem. Generalnie, obawiam się, że nie jestem równym Randkowiczowi partnerem. Przykład? Moja praca.

Sytuacja nr 1.

DQ: Co jak obleję egzaminy na aplikacji, a szefowa mnie wyrzuci? Boję się.

R: Mogę Cię zatrudnić u siebie.

 

Sytuacja 2.

DQ: Chciałbym kiedyś napisać scenariusz. Do dobrego serialu. Takiego z rozwojem psychologicznym charakterów.

R: Jak chcesz załatwię Ci spotkanie z reżyserem. Znam kilku.

 

Sytuacja 3.

DQ: To musi być zajebiste. Być instruktorem fitness. Ćwiczysz w takt muzyki, i jeszcze Ci za to płacą.

R: Gdybym Ci to załatwił, poprowadziłbyś zajęcia?

 

I może rzeczywiście to wychodzi z dobrego serca Randkowicza (na pewno, bo ma dobre serce!). Ale nie chcę, by myślał, że moje życie, moje marzenia, rozwój zawodowy, są czymś co można po prostu załatwić. Jasne, gdyby nie miał pracy, szukał jej na gwałt, chwytałbym się takich propozycji. Ale istotą marzeń (sytuacja 2,3) jest do nich dochodzenie własną drogą, a nie załatwianie. To od razu stawia mnie na niższej pozycji? Zgadza się?

 

Albo to, że Randkowicz chciał bym się wprowadził. Kwestia pieniędzy nie grała roli. Jasne, że chciałbym z nim mieszkać. Ale jak równy z równym. Pół na pół. Wtedy byloby wspaniale. A nie jak przygarnięta sierota. To nie dla mnie. Aż takim oportunistą nie jestem.

 

I znajomi. To odrębny temat. Pewnie dla nich jestem zabawnym pokemonem. Dziwum 25 letnim co ma pstro w głowie. Pewnie mylą się tylko trochę, ale to trochę to esencja mnie. Mam starą duszę i emocje młodzika. Bo tak na prawdę moja dusza nigdy nie była młoda.

 

Jak widzicie. Same problemy. Dorzucę jeszcze jeden.

 

Problem polega na tym, że najprawdopodobniej się zakochałem.

 

BTW. (uzupełnienie) jak to o mnie świadczy, że za najwspanialszą piosenkę – wyznanie miłosne- uważam tą która dotyczy miłości niespełnionej?

080: I’m saving myself for Paul Newman. And Cameron Diaz dancing to MC Hammer!

Chyba okazuje się, że zarówno ja, jak i blog.pl będziemy mieli nowe rozdanie. Ciekawe, co z tego wyjdzie.

Na razie jednak istnieje szansa, iż jutro będę zdawał ostatni egzamin na tym roku aplikacji. Toteż trzymajcie kciuki.
A jak zdam. Może nie będę pisał. Może pokażę Wam co mam na myśli:) I mam nowy slogan na koszulkę:
I’m saving myself for Paul Newman. And Cameron Diaz dancing to MC Hammer!
A poniżej, film który przedstawia ideał tańca, do którego dążę codziennie rano przed lustrem.

.

no more dramaqueer.blog.pl.

life is unfair, kill yourself or… there’s no or.
back any time soon.