strona główna   księga gości   powered by blog.pl     lay-out by gadz for blogdizajn


 


Tagi


 
fab after hours
żywiciel
iluzjon
nowy wspaniały świat
alchemia
paradiso
warszawa powiśle
kawka
muranów
jadłodajnia filozoficzna
centrum sztuki współczesnej
plan b
centralny basen artystyczny
saturator
ufa

no fuckin' logo
band of outsiders
junya watanabe
vintageshop
inkluz
house of holland
hickey style
acne jeans

fancy people
iluzjon
prowokatorka
strzezony
gadz past tense
bartec
bluegirl diary
podroze z usmiechem

funky tunes
bradley say
jaconfetti
kylie
frankmusik
menya
oh la la!
juvelen
martin solveig

fierce fashion
fashionalistas
hel-looks
i hate your fashion
permanent style
stitch society
style scout
stil in berlin
copenhagen street style
trinny & susannah
sartorialist, the
men style
breach of style

 
 
2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień

 

040: pana ramolenie-w-bambo
Nie zapisałem sobie postanowień noworocznych. Po pierwsze zagryzmoloną kartkę i tak bym zgubił, a jeśli nawet nie, to w kwietniu i tak już bym nie był w stanie rozszyfrować własnego pisma. Po drugie, zawsze alternatywnie wierzyłem, że nowy rok nie jest jakąś datą - kluczem, od którego powinno się coś zaczynać lub na czym powinno się coś kończyć. Wolałem urodziny. Zwłaszcza że moje pierwszowiosenne krokusowo skłaniają do optymistycznych postanowień.

W tym roku jednak było inaczej. Do duchowego wyartykułowania jedynego przyżecznia noworocznego skłonił Pan Michał-zaje-fajny-Morris. Morris, jeszcze gdy chodziliśmy do liceum, mnie zawsze wprowadzał w stan podskórnego napięcia nerwowego. Potem, już na studiach, kiedy chodziliśmy razem na kurs językowy nie było lepiej. Przyczyna napięcia była prosta, Morris nie poddawał się mojemu ponadczasowemu i prawie niezawodnemu systemowi szufladkowania. Inteligentni, stateczni z sercem na dłoni, a przynajmniej odbijającym się w oczach - z tymi mogę trzymać. Bezczelni, przebojowi, hej do przodu, którzy nie wierzą w uczacia a przynajmniej nie chodzą z nimi wypisanymi na t-shirtach - na ich tle będę wyglądał marnie i szaro i należy się od nich trzymać z daleka. Morrisa próbowałem skategoryzować do tej drugiej grupy - wiecznie uśmiechniętych kawalarzy i przebojowych dziewczyn jak z żurnala. I kiedy, kiedy już prawie spisywałem go "na straty", zawsze robił coś takiego szczerosercowego, co wywalało wszystkie szuflady w mojej głowie.

A i właśnie ten Morris w dni świąteczne zagadał do mnie na facebooku. Przeprowadził się i mieszka jedną stację metra ode mnie, toteż z nienacka zaprosił mnie na piwo (to jest właśnie to coś szczero-sercowego, nigdy bym nie pomyślał, że Morris sam z siebie zaprosi pana ramolenie-w-bambo na coś co można nazwać kumpelskim piwem). Oczywiście odmówiłem. Z powodu mojej aspontaniczności i niechęci do socjalizacji. Gdy Morris naciskał delikatnie. Odpowiedziałem, że przecież wie, że nie jestem towarzyski. W odpowiedzi przeczytałem "przecież dwie osoby nie wymagają towarzyskości". Nic nie potrafiłem odpowiedzieć. Postanowiłem być bardziej otwarty na ludzi.

Praktyczną relizacją mojego postanowienia (oczywiście poza innymi pobudkami) jest mój woloUFAriat. Jeszcze przed Sylwestrem zgłosiłem swój akces do pomocy w różnych akcjach mojej ulubionej Centry Kobieco Queerowej, którą tworzą rewelacyjni pełni życia ludzie. Kilka dni temu Weronika napisała do mnie, czy nie pomógłbym w imprezie. Tym razem chciałem spróbować czegoś innego i pomagałem w pracy przy barze. Ale o tym chyba w następnym wpisie, bo powinienem jeszcze zmrużyć oczy.
Tagi: ufa, autodiagnoza
2010-02-07 17:31:22 skomentuj (1)

039: talent w połączeniu z niezłym penisem
Bardzo sobię cenię film "Fame - Sława", nie mówię o niedawnym remake'u, ale o klasycznej wersji z przełomu lat 70tych i 80tych. Dla współczesnych widzów może się on wydać przaśnym protoplastą "The Highschool Musical", ale obraz poza dostarczeniem efektownej rozrywki, miał na celu pokazać problemy osób szukających tytułowej sławy. Szczególnie wstrząsnęła mną jedna scena. Młodziutka Coco, aspirująca aktorka i piosenkarka dostaje propozycję angażu do filmu, która może odmienić jej karierę. Wcześniej ma przejść przez zdjęcia próbne, nie gdzie indziej niż w mieszkaniu niezależnego reżysera. Obdrapane tynki i ciemna klatka schodowa nie tworzą subtelnego obrazu. Rażyser sadza Coco przed kamerą, i każe jej się rozbierać. Licealistka walczy sama ze sobą. Kiedy w końcu płacząc odsłania piersi scena się urywa.

Takie przykłady, w których popkultura ukazuje nam naszą brudną, zmiataną pod podłogę rzeczywistość można mnożyć. I chociaż nadal pewnie wiele (każda przumuszona osoba to o jedną za wiele) osób jest zmuszanych, najczęściej psychicznie, do współżycia z przełożonymi, coraz częściej seks jawi się jako towar barterowy. To coraz częściej pracownik liczy na jakieś profity osiągnięte przez łóżko.

Nie muszę szukać daleko. Kilka miesięcy temu, w sierpniowym słońcu mój ówczesny chłopak, Bartek trzymając pod pachą misia którego mu podarowałem, powiedział mi, że gdyby jakikolwiek producent zaproponował mu wydanie płyty w zamian za seks, to by nawet nie mrugnął okiem, tylko się z nim przespał. Niezależnie zapwne, czy to mężczyzna, czy kobieta - to już sam sobie dopowiedziałem. Możecie sobie jedynie wyobrazić jak byłem zdruzgotany, dowiedziawszy się, że nie tylko Bartek by się sprzedał, ale również zrobiłby to niezależnie od tego, czy byłby ze mną (czy kimkolwiek innym) w związku czy nie.

Tego dnia, po tym wyznaniu, miałem dreszcze. Chyba już go wtedy kochałem. Ale bez melodramatów.

Zastanawiałem się nad tym co powiedział. Nad motywacją. Nad tym co ja bym zrobił, gdybym pragnął czegoś tak mocno, jak on zrealizowania się w śpiewie (chłopak ma talent i na pewno kiedyś zobaczę go puszczającego do mnie oko z klipu w VH1). Gdybym tak jak on od przeszło 7 lat, próbował zaistnieć, wszyscy docenialiby mój talent ale nikt nie nie wyciągnąłby do mnie pomocnej, zachęcającej dłoni.

Nie wiem czy potrafię akceptować takie zachowanie. Wiem dziś, że mógłbym je tolerować, gdyby to nie byłoby efektem przymusu, ale właśnie seksualnego barteru i gdyby nie raniło innych - partnerów obu stron. Inną kwestią jest, czy sam bym się na coś takiego zdobył. Chyba nie, chyba jestem zbyt słaby by móc potem nie wyrzucać sobie, iż sprzedałem się dla sukcesu.

W tym miejscu, pozostaje mi tylko życzyć Bartkowi (co też zrobiłem w Święta), by nie musiał uciekać się do tak niefortunnych sposobów osiągania sukcesu. Doskonale wiem, że stać go na szukanie dalej swojego szczęścia mniej niszczycielskimi dla własnej samooceny drogami. W każdym razie bycie docenionym za sam talent, a nie talent w połączeniu z niezłym penisem i gibkim ciałem, jest na pewno czymś bardziej wartościowym dla przyszłego piosenkarza. I każdego innego pracownika.


Tagi: debata, bartek
2010-01-11 22:50:09 skomentuj (0)

038: zżerał mnie wewnętrzny strach jak nicość fantazję
Powinienem pisać pracę magisterską. Dokładniej, powinienem pisać akapit o podstawach prawnych regulowania przez Unię Europejską obrotu produktami leczniczymi. Ale walę to, jeśli nie napiszę tej notki teraz, nie pojawi się ona wcale.
 
Kończy się półtoratygodniowy okres świętowania. O dziwo, wiele się dowiedziałem o sobie przez tych naście dni:

1) jednak umiem wybrać pantofle do garnituru. Rzuciłem się w wir postkarpikowych wyprzedaży z mocnym postanowieniem znalezienia butów idealnych. Poprosiłem o towarzystwo Izę, licząc na jej wielkoświatowość i to, że do Jej natury przedarł się ten skandynawski minimalizm, który wpłynie pozytywnie na dobór pantofli. Znając zagraniczne marki, których ja w ogóle nie kojażę (znam 4 sklepy z butami: CCC - gdzie nie kupuję, Deichmann - gdzie kupuję z przymusu, ECCO - gdzie mnie nie stać, Converse - gdzie kupować chciałbym częściej) i przede wszystkim ich pułap cenowy Iza zasugerowałą Venezię. Buty były śliczne, wąskie, długie, bez żadnych maczo zdobień, ani tym bardziej homo przeszywań. Oczywiście wyłącznie w rozmiarach 42 i 44. Dwójkę zmierzyłem, za, kurwa, cholera małe, co oznacza iż żaden ze mnie kopciuszek i kształtnych stópek nie mam. Zrezygnowany na czwórkę nawet nie spojrzałem i z nosem zwieszonym na kwintę wróciłem do domu, zjadając wszystkie Izo-bułeczki-szwedzko-cukrowe. Koniec końców dnia następnego (31 stycznia) zmobilizowałem się, wróciłem, przychylniej na czwóreczkę spojrzałem i okazaliśmy się dla siebie stworzeni.

2) Sylwestra spędzałem w UFAie z Olą i Iloną, co jest już naszą małą tradycją. Na kilkanaście dni przed końcem roku stwierdziłem, że jednak będę dzielny, skory do pomocy i w ogóle w końcu towarzysko-przebojowy i zgłoszę się jako wolontariusz by pomóc w organizowaniu imprezy. Ola z Iloną nie były pewne czy się stawią, więc miałem być zupełnie bez wsparcia.Zżerał mnie wewnętrzny strach jak nicość fantazję, gdy w swoim cnotko sweterku wpadłem spóźniony na spotkanie organizacyjne. Założyłem nogę na nogę i okazało się, że, zapomniałem wypastować butów. Jednak uduchowiony intelektualista zwyciężył i dumnie prezentowałem zżarte solą obuwie. Zostałem DJem i dumnym specem od aranżacji wnętrz a symbolem mej władzy był śrubokręt krzyżakowy i dwustronnie przylepna taśma klejąca.
Nigdy, przenigdy nie czyłem się bardziej na swoim miejscu niż wśród tamtych ludzi. Z jednej strony w pełni akceptowany, z drugiej nie definiowany jedynie przez moją orientację seksualną. Dziękuję.


Tagi: ciotka, ola, kluby, ufa, autodiagnoza
2010-01-03 19:50:23 skomentuj (4)



MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com