DramaQueer
crazy sensitive bastard
crazy sensitive bastard
sty 18th
Dokonało się. Po latach wzbraniania się, unikania tworów kultury stricte – queer (co do zasady nie przepadam, za hermetycznymi produktami kulturowymi – zlinczujcie mnie, nie widziałem „Tajemnicy Brokeback Mountain!”), zacząłem czytać „Lubiewo”. Wszystko przez „Drwala”, którego nie mogę przeczytać, a który ma niezłe recenzje, zanim nie zrobię wywisekcji historii ciot polskich.
Zgodnie z zasadą – ironia lekiem na całe zło, oraz podstawowym prawem matematyki, iż minus i minus dają plus – zakładkę dobrałem stosowną. Czarno-czerwoną z napisem Voldemort. A co tam, przegnę się! Jak to mówi Witkowski ustami swoich bohaterek.
A Marcin zabiera mnie na squasha!
gru 30th
10 kwietnia ubiegłego roku (czyli 2010 r.!) dostałem ni z tego ni z owego taki e-mail. od Marcina.
„Dziendobry.
Tej nocy za Toba zatesknilem. Ogladalem nagranie sprzed 2 lat, na ktorym gdy akurat mialem kamere w reku, gdzies z glosnikow zaczelo leciec „here in your arms”. Nagralem wtedy sam siebie (bo mi bylo bardzo wesolo) i powiedzialem do kamery „badułowa muzyka”. Pamietam, jak sie wtedy czulem – ze dzieki Tobie znaczaco podskoczyl mi poziom zadowolenia w tamtej chwili (i tak byl juz dosyc duzy) i ze to takie fajne i ze wtedy sobie za Toba zatesknilem.
Teraz tez mi sie zatesknilo. Fajny wtedy byles.
Miau.”
Jakby ktoś się nie zorientował, ja jestem baduła. Muzyczna asocjacja to Kylie. Baduła od – bzdury gada = baduła:) Sam tak siebie określiłem. Marcin zapamiętał. Marcin pamięta również, że dwa lata temu powiedziałem mu, że wyglądałby dobrze w czarnym polo w szare pasy. Tydzień temu szukał takiego będąc w Malezji.
I z tym uroczym chłopakiem, z którym znamy się od 5 lat (nie mógł uwierzyć, ja w sumie też), widziałem się wczoraj. Wygląda młodziej niż ja, chociaż w zaokręgleniu ma 30 lat. Czasem jest moim sumieniem. Zawsze poprawia mi humor. Mógłbym przy nim milczeć, mimo, żem niby baduła.
Czasem spotykamy ludzi wyjątkowych, a jeszcze rzadziej potrafimy ich docenić. W nowym roku życzę Wam na drodzę wyjątkowych znajomych, z którymi wzajemnie się docenicie.
gru 24th
Widać przemianę pokoleniową. Dotychczas, gdy łzy ze smutku kręciły mi się w kącikach oczu słuchałem Sarah McLachlan bądź Maren Ord. Od wczoraj jednak towarzyszą mi Aura Dione i Maria Mena. A niestety desperacko potrzebuję empatycznego towarzystwa. Tak ciężko radzę sobie ze świętami. A raczej totalnie sobie z nimi nie radzę.
Widzicie, święta to dla mnie tragiczny okres. Te trzy dni rozbijają mnie totalnie, ale jak to śpiewa Maria „nobody likes the sad face”- więc co do zasady to ukrywam. Ukrywam to, że płaczę do poduszki, i to, że gdy inni ładują swoje akumulatory, ja myślę o tym – kiedy to się skończy. Więc do 23 grudnia włącznie spotykam się z Przyjaciółmi i dalszymi znajomymi, ciesząc się ich przedświąteczną radością, sprawiając podarkami by wystąpił uśmiech na ich twarzach – a mój rewanżowy uśmiech wcale nie jest fałszywy. Oni są moimi świętami. Potem wieczorem 23 grudnia znów muszę wysiąść na 6tym piętrze i stawić czoło 72 godzinnej katordze. Krzykom, awanturom, z których milczenie nad opłatkiem (zamiast życzeń) jest najmniej patologiczne.
Matka w piątek wyszła wcześniej z pracy. Co to oznacza? Iż wcześniej zaczęła pić. Więc jazda na ostro bez trzymanki, ze szklanymi oczyma i wyzwiskami, na dobre zaczęła się od godziny 20:00. Wyłączyłem telefon. Nie zniósłbym odczytywania życzeń świątecznych.
„Spokoju” – gdy matka wrzeszczy, że jestem beznadziejnym nierobem, że leżę jak byk, że mój chłopak mnie wywali od siebie z domu i jeszcze wrócę do niej na kolanach.
„Radości” – gdy siostra z płaczem Matce mówi, że nie pamięta, kiedy Matka była trzeźwa ostatni raz, i czy to przez to pije, że Siostra się urodziła?
„Ciepła” – gdy matka chwiejąc się w progu odwrzaskuje jej by, „się zamknęła”.
„Rodzinnej atmosfery” -gdy ojciec dzwoni na Policję, bo Matka tak się nakręciła, że każde z nas zamknęło się w innym pokoju i nie wie już co robić.
Gdy Matka usłyszała, że ojciec zadzwonił po interwencję, stało się coś… dla mojego zdrowia psychicznego muszę to opisać w książce. Pijana matka weszła do łazienki i nalewając wody do wanny, zadzwoniła do swojej siostry. „C. zadzwonił na policję, więc wchodzę do wanny. Jakby do Ciebie dzwonili mów, że przygotowywałam wigilię. Nie wiem po co mieliby do Ciebie dzwonić ale tak im mów jakby, co”. Śmiałem się przez łzy. Jakbym oglądał tragi komedię. Wybieg matki się nie sprawdził. Nawet jej nie spisali. Jak zwykle.
Dlatego nie dziwcie się, jeżeli nie odpisuję na życzenia. Najprawdopodobniej słucham jak Maria Mena śpiewa „and whyyyy can’t youjust hold meeeeeeee” w pozycji embrionalnej przy zgaszonym świetle i modlę się bym zasnął. Im więcej będę spał, tym szybciej nadejdzie 27 grudnia.
lis 20th
Poznałem chłopaka. A właściwie mężczyznę. Nie ma jeszcze blogowej ksywki, jakieś propozycje? W każdym razie spotykamy się od 3 miesięcy. Ma 35 lat. Albo jak sam o sobie mówi, jest z rocznika Collina Farella. Jego wiek ma pewne zalety. Czuję się przy nim bezpiecznie, i jego doświadczenie z charakterami zazwyczaj pozwala mu mnie „rozładować’, gdy mam zamiar wybuchnąć. Są też pewne kwestie, które mnie frapują. Nawet bardzo. Może inaczej, czynią mnie bezsilnym, bo nie mam na nie wpływu.
Przede wszystkim Randkowicz (ksywka tymczasowa) ma już za sobą kilka poważnych związków z M&Msami (gdyż chłopcy na M). Urządzali razem mieszkanie, byli na wycieczkach rowerowych w strefie Shengen – o wyjazdach innych zagranicznych nie wspomnę. Wszystko widział, wszystko słyszał. Dla mnie nie zostaje nic nowego. Wszystko to powtórka z rozrywki. Jestem dla niego jak ten młodszy kuzyn, który zachwyca się Sonic Youth i ciągnie cię za rękaw na koncert, kiedy ty już dawno przerzuciłeś się na Florence & The Machine i chcesz swoją fascynację Sonicami wymazać z pamięci i zrzucić na karb głupiej młodości. Tak się czuję, tego się boję. Że jestem powtórką z rozrywki. Zrozumcie moją frustrację, gdy myśląc o wakacjach, rzucam propozycję jakichś miast (np. Lizbona, Wiedeń, Madryt, Barcelona) którymi się fascynuję, nigdy nie będąc tamże (poza BCN), a Randkowicz odpowiada: „byłem, to miasto nie ma uroku”, „jak możesz tak się nim fascynować”, „odwiedziłem je z M.”. Chyba nikt nikt nie chce być powtórką z rozrywki. Czy tylko wyolbrzymiam?
Problem jednak bardziej mnie przytłacza. Powyższe jest tylko objawem. Generalnie, obawiam się, że nie jestem równym Randkowiczowi partnerem. Przykład? Moja praca.
Sytuacja nr 1.
DQ: Co jak obleję egzaminy na aplikacji, a szefowa mnie wyrzuci? Boję się.
R: Mogę Cię zatrudnić u siebie.
Sytuacja 2.
DQ: Chciałbym kiedyś napisać scenariusz. Do dobrego serialu. Takiego z rozwojem psychologicznym charakterów.
R: Jak chcesz załatwię Ci spotkanie z reżyserem. Znam kilku.
Sytuacja 3.
DQ: To musi być zajebiste. Być instruktorem fitness. Ćwiczysz w takt muzyki, i jeszcze Ci za to płacą.
R: Gdybym Ci to załatwił, poprowadziłbyś zajęcia?
I może rzeczywiście to wychodzi z dobrego serca Randkowicza (na pewno, bo ma dobre serce!). Ale nie chcę, by myślał, że moje życie, moje marzenia, rozwój zawodowy, są czymś co można po prostu załatwić. Jasne, gdyby nie miał pracy, szukał jej na gwałt, chwytałbym się takich propozycji. Ale istotą marzeń (sytuacja 2,3) jest do nich dochodzenie własną drogą, a nie załatwianie. To od razu stawia mnie na niższej pozycji? Zgadza się?
Albo to, że Randkowicz chciał bym się wprowadził. Kwestia pieniędzy nie grała roli. Jasne, że chciałbym z nim mieszkać. Ale jak równy z równym. Pół na pół. Wtedy byloby wspaniale. A nie jak przygarnięta sierota. To nie dla mnie. Aż takim oportunistą nie jestem.
I znajomi. To odrębny temat. Pewnie dla nich jestem zabawnym pokemonem. Dziwum 25 letnim co ma pstro w głowie. Pewnie mylą się tylko trochę, ale to trochę to esencja mnie. Mam starą duszę i emocje młodzika. Bo tak na prawdę moja dusza nigdy nie była młoda.
Jak widzicie. Same problemy. Dorzucę jeszcze jeden.
Problem polega na tym, że najprawdopodobniej się zakochałem.
BTW. (uzupełnienie) jak to o mnie świadczy, że za najwspanialszą piosenkę – wyznanie miłosne- uważam tą która dotyczy miłości niespełnionej?
lis 13th
Chyba okazuje się, że zarówno ja, jak i blog.pl będziemy mieli nowe rozdanie. Ciekawe, co z tego wyjdzie.
paź 11th
no more dramaqueer.blog.pl.
wrz 15th
To fascynujące, jak los sobie ze mnie kpi. Nie mogę zacząć mojego życia od zera – tylko muszę się babrać w zaszłościach, w zastanym stanie faktycznym (przecież do 15-16 roku życia rodzina żyje życie za nas – uproszczenie, ale niezbędne dla tego, co chcę przekazać). A więc taplam się w tym co mi zafundowano, dokładając błotka z moich niewypałów (prawo! – serio to nie jest takie urocze jak w Ally McBeal, ani tak podniecające jak w The Good Wife) i błąkam się jak ogłupiały. Jak Luke i Han Solo po uwolnieniu Leii z więzienia na Gwieździe Śmiercii jestem gnieciony przez odpady z mojego życia. Pudełko bez wyjścia.
A gdzie w tym wszystkim kpina? Ano do rzeczy. Jest tak niewiele aspektów mojego życia, które chciałbym zachować – miłe chwile z Agnieszką w Barcelonie, jedyne szczęśliwe zdjęcie z Ł. jakie mamy (mieliśmy) razem, czy muzykę, którą kolekcjonuję chyba od czasu "Pokoju Syna". I co? Oczywiście to co chcę zachować szlag trafia. Dyski w komputerze, a nawet dyski zewnętrzne niszczę jakbym był plagą Egipską (8 plaga egipska – a dyski wasze zostaną skasowane!). Zdjęć nie ma, muzyki nie ma, ba nawet mojego ukochanego filmu z Betty Davis też nie ma. W związku z tym, że nie ma wspomnień, nie ma popkultury, którą żyję – czy zostałem wydmuszką?
Bagno natomiast jest. Klaustrofobicznie się zaciskając.
Być może i jest jakieś wyjście, którego nie widzę. Rozwiązanie, na które nie wpałdem. Bo teoretycznie, miałbym po co z tego bagienka się wygrzebać. Ale muszę znaleźć na to siły samemu. Żaden R2-D2 mnie w tym nie wyręczy.
Więc zbieram siły, tonąc w błotku. Obym zdążył.
wrz 2nd
Isabel Wilkerson nie mogłaby napisać o mnie książki. Po
pierwsze – nie jestem czarny. Po drugie – nie jestem ryzykantem. I przez to najprawdopodobniej nie ogrzeję się w
cieple innych słońc.
sie 16th
Dla wielu miarą sukcesu jest ilość punktów wpisanych na facebookowej mapie podróżniczej, a to Turcja, a to Maroko, Egipt – dla mniej poddających się trendom będzie to Hiszpania, Włochy, Liban, Rosja (tak, żyjemy w czasach, w których Europa postromańska to wakacyjna alternatywa!). Geje, dla tych, którzy są nieobeznani w temacie, mają własną wersję facebookowej aplikacji – mapę wstawianą jako zdjęcie na gejprofilach z pokolorowanymi na czerwono państwami, które jakże adekwatne słowo – zaliczyli. Podróże są deprecjonowane do kolejnego odhaczenia na mapie, a chyba nie o to w tym wszystkim chodzi? Mam taką nadzieję, przynajmniej.
Wczoraj wróciłem z Berlina. I aby nie być hipokrytą, przyznam się, iż był to podwójny suckces. Albo jak mówi Daniel sukces duplex! Ergo zasługuje na dwa odhaczenia.
Gdy szliśmy w sobotę słoneczą Unter den Linden w kierunku Alexanderplatz wpadliśmy w mgławicę długonogich Niemek. Jedna z nich, ubrana w biały welon i spódniczkę baletnicy odsłaniającą nieprzeciętnie zgrabne nogi dokicała do mnie i zaczęła mówić w swoim ojczystym języku. Łamaną, licealną niemczyzną powiedziałem, że przykro mi, ale nie mówię w dialekcie Heidi Klum. Ein biesschen? – odparła, a uśmiech odsłonił sieć drobnych, przybrokaconych zmarszczek, zebranych w kącickach oczu. Była starsza, niż wskazywały na to fikuśny welonik i wybiegowe nogi.
Nie straciła jednak rezonu i podsuwając mi pod nos ogromny wiklinowy kosz wyjaśniła: I’m getting married in two weeks, maybe you will buy something from me.
Skarby białego kapturka opiewały na stertę kondomów, lizaków i olejków eterycznych. Pogratulwałem i spytałem, ile sobie życzy za gumki. Co łaska kupiłem dwie.
Your husband to be is a very lucky man. – szczerzyłem się jak uczniak, gdy odchodziła do kawalerów zbyt pewnie lawirujących na rowerze piwnym.
Jaki w tym sukces pytacie? Ten ja z 13 sierpnia, z chodnika na unter den Linden nie stanął wryty jak słup soli, nie zaczerwienił się jak pannica. Wcześniejszy ja pewnie nawet by nic nie bąknął. Może zabrzmi to jak monolog z Felicity, ale każda podróż to przekraczanie barier, tych naszych – psychicznych. Testowanie siebie. Nie zależy od ceny biletu, gwiazdek w hotelu ani od pierwszej czy końcowej minuty.
Drugi sukces jest już prostszy do wyłożenia. Tak jak swego czasu Agnieszka, tak teraz Daniel nie uciekł przede mną gdzie pieprz rośnie (czyli najbliższym pociągiem do Warszawy). Bywam kompatybilny towarzysko. Sukces – efekt ciężkiej pracy nad sobą, a może dojrzewania emocjonalnego.
A więc tak, ja też odhaczam. Odhaczam zdobyte doświadczenia. Moja mapa podróżniczych doznań jest jeszcze bardzo pusta, ale jej zapełnienie nie jest uzależnione od każdorazowej popularności wakacyjnych destynacji. So dafur wir Gott danken!
lip 28th
SMS od Agnieszki: Masz 30 min, żeby dojechać na Chmielną, mówi Stach:)
SMS od DQ do Agnieszki: Za 15 min. wchodzę do lekarza:( Info tylko dla oczu Stacha: masz okazję być sam na sam z piękną kobietą i chcesz się tym dzielić z innym facetem?:) Przemyśl to jeszcze raz, chociaż niezmiernie mi miło:)
SMS od Stacha: Drogi DQ! Bardzo doceniam Twoje poświęcenie dla słusznej sprawy, ale chciałem też byś się pojawił!:) Mam nadzieję, że szybko wyzdrowiejesz!
SMS od Agnieszki: Masz Ty pomysły;D Żałuj, nie mniej jednak – byliśmy na piwie i rożku firmowym Grycana, było b.wesoło:)
Zawsze chciałem być tym facetem, ktory ma wszystko: Przyjaciół, wspaniałych znajomych, pracę, czas na hobby i ukończoną aplikację. Czy mi się uda?
Nie.